czwartek, 2 maja 2013

Connie - Rozdział 2



          - No nie wiem. – westchnęła mama.
          - Nie bądź taka! – krzyknęłam oburzona. – Sama mi mówiłaś, że trzeba zgłębiać historię, szukać przygód i…
          - Nie o takie przygody mi chodziło! To miejsce jest dobre parę kilometrów stąd. Myślisz, że puszczę 14-letnią dziewczynkę samą, bo ubzdurała sobie, że chce… zgłębiać historię?
Zrobiłam minę jak rozkapryszone dziecko, ale mama machnęła na to ręką i ominęła mnie szerokim łukiem. Ruszyłam dziarskim krokiem za nią dając jej do zrozumienia, że nie odpuszczę jej tak łatwo. Westchnęła i zatrzymała się w połowie drogi.
          - Czemu się tak na to uparłaś? – spytała kobieta. -  Nie wystarcza Ci, że jesteś w cholernym domu naszych przodków? Pozwiedzaj posiadłość, a nie jedź na sam koniec Anglii, by też coś tam pozwiedzać.
          - Nie rozumiesz powagi sytuacji! – rzuciłam rozdrażniona, co tylko wywołało jeszcze większe oburzenie u matki.
          - Ja to mam szczęście. Nie dość, że mąż woli studiować stare księgi, niż spędzać czas ze mną, to jeszcze córka zawraca ci głowę cały dzień, bo się jej coś upieprzyło. Nie ma mowy! – zaakcentowała ostatnie zdanie i odwróciła się na pięcie.
Ruszyła do ogrodu, by przygotować stół do śniadania, a ja pobiegłam za nią. Skomentowała to głębokim westchnięciem dając sobie spokój z upominaniem. Przeszłyśmy przez parę długich korytarzy, aż w końcu trafiłyśmy do upragnionego wyjścia. Otworzyłyśmy drzwi i weszłyśmy do ogrodu. Na miejscu przywitała nas Paula i stary pan ogrodnik, który wczoraj zniknął mi z oczu.
          - Jak tak masz za mną chodzić cały dzień to się na coś przydaj i pomóż mnie i Pauli ze śniadaniem. – westchnęła rodzicielka i pokazała obrus, który niechlujnie wisiał na sznurku.
Z niechęcią zerwałam wiszący biały materiał i narzuciłam na stolik. Paula postawiła wazon z kwiatami na blacie i poprawiła parę sterczących listków.
          - Gdzie jest kuchnia? – spytała uprzejmie matka.
          - Służba zajmie się śniadaniem. – uśmiechnęła się Paula.
          - No proszę. Nie wiedziałam, że w XXI wieku są takie wygody. – zaśmiała się. – Ale naprawdę nie trzeba. Chętnie coś ugotuję.
          - Ależ skądże. – machnęła ręką brązowowłosa służąca. – Jesteście naszymi gośćmi. Zrobimy wszystko, by umilić wam czas.
Dyskretnie opuściłam ogród, by nie słuchać dalszej wymiany zdań z której aż biło uprzejmością i słodkością. Nie mając co począć usiadłam na fontannie, która zdobiła drugą część ogrodu. Pobawiłam się trochę zimną, krystaliczną wodą, ale zdając sobie sprawę, że  wygląda to co najmniej dziecinnie, zaprzestałam dalszej zabawy. Zwróciłam swój wzrok na lekko zachmurzone niebo, ale szybko spuściłam głowę na ziemię. Poszurałam bucikami po trawie i głęboko westchnęłam.
          - Co się panience stało? – spytał z uśmiechem stary pan ogrodnik, który przyszedł z dużymi nożycami w ręku.
Dopiero teraz zobaczyłam w całej okazałości jego szczupłą twarz znad kapelusza. Miał gęste, siwe włosy i tego samego koloru brodę. Oczy były wąskie i mające bardzo dziwną barwę – mieszanka zieleni z czerwienią. Staruszek był co najmniej niższy ode mnie o 3 głowy.
          - Sęk w tym… - zawahałam się.
          - Proszę mówić. – obdarzył mnie ciepłym uśmiechem i wziął się za obcinanie krzewów.
          - Mama nie chce mnie puścić do pewnego miejsca . – powiedziałam śmielej. – A dla mnie jest ważne, by tam się udać.
Szybko ugryzłam się w język. Jeszcze tego brakowało, by żalić się służbie.
          - A jaki to adres? Mogę panienkę tam zabrać jeśli będzie to po drodze do kwiaciarni do której zawożę kwiaty. – podrapał się na policzku zostawiając ślady ziemi z brudnych rękawic.
          - O, taki. – podałam mu karteczkę, którą napisała mi Paula.
Staruszek kuknął na adres i wydał z siebie odgłos zdziwienia. Znowu podrapał się w to samo miejsce i podniósł brwi.
          - Po co chcesz tam jechać? – spytał po kilkusekundowej ciszy.
          - Chcę… Po prostu chcę… – odparłam lekko zdziwiona reakcją ogrodnika.
          - Czy to ma coś wspólnego z Cielem Phantomhive?
          - Skąd pan wie?
          - Ten adres to miejsce jego posiadłości.
Teraz to ja zaniemówiłam. Nie sądziłam, że Paula od razu doprowadzi mnie do takiego miejsca. Z jednej strony cieszyłam się, ale z drugiej dopadł mnie dość nieprzyjemny dreszczyk.
          - Na twoim miejscu nie jechałbym tam. Ba, nawet bym o tym nie myślał – rzekł.
          - A niby to czemu? – rozłościła mnie wścibskość staruszka, więc zamiast powiedzieć to normalnie, z moich ust wydobyło się warknięcie.
          - Bo Ciel nie lubi jak bezcześci się jego posiadłość. – mimo mojej nieprzyjaznej postawy, odpowiedział nadzwyczaj spokojnie.
          - Nic mu się nie stanie, bo nie żyje. – powiedziałam to z lekką irytacją w głosie.
          - Oj, żyje żyje. – westchnął. – I ma się dobrze, zapewniam Cię.
          - Demony, tak? – odparłam.
          - Może panienka wierzyć, albo nie… - poprawił swój kapelusz. – … ale planuje powrót do Anglii i to nie będzie zbyt dobre dla ludzkiej rasy.
          - Chce opanować świat? Rządzić ludzkością i takie tam? – zaśmiałam się lekko. – Oklepane.
          - Nie o to chodzi. – powiedział twardo. – Wyznaczył sobie cel. I jest gotów zasiekać połowę ludzi, by go osiągnąć. Owszem, jest na razie pokojowo nastawiony. Dopóki nie odkryje sekretu mieszczącego się w tej głowie… - uderzył dwa razy palcem o czoło. - … możesz spokojnie spać.
          - Nie rozumem. Mówi pan, że jest on pokojowo nastawiony i będzie do tej pory. Chyba, że odkryje sekret, który wie tylko pan. W czym problem? Wystarczy cicho siedzieć. 
          - Chyba, że posłuży się shinigami, który odczyta moje wspomnienia. A grasuje tutaj taki jeden.
Nie miałam pojęcia o czym on mówił. To wszystko wydawało mi się dziwne i psychodeliczne. Nie wierzę w demony, ale staruszek był nadzwyczaj dobry w udawaniu. W jego głosie było słychać swego rodzaju nostalgię i wołanie o pomoc. Tak jakby wiedział, że niedługo umrze.
          - Connie! – krzyknęła matka z oddali. – Śniadanie gotowe!
Westchnęłam. Popatrzyłam jeszcze raz w stronę ogrodnika, ale zniknął mi z oczu.
          - Dziwne. Bardzo dziwne. – wymamrotałam.

***

Tata sięgnął po kolejną kanapkę mając jeszcze w buzi jajecznicę. Nałożył na swój talerz parę plasterków bekonu wydając z siebie zadowolony pomruk.
          - Kochanie, zachowuj się. – skarciła go mama nonszalancko krojąc jajko sadzone.
Tata prychnął tylko i  kontynuował dalsze konsumowanie. Kobieta syknęła do niego po raz drugi, a ten odparł rozdrażniony:
         - Kobieto, ja nie mam czasu cackać się ze sztućcami.
         - Ah taak. Idziesz pozwiedzać skarbnicę wiedzy naszego rodu. – warknęła ironicznie.
Kolejna kłótnia. Przyzwyczaiłam się. Rodzice mając tendencję do wypominania sobie błędów, potrafią robić awantury z byle błahostek. Tata to jeszcze, ale mama po kłótniach jest niczym bomba, która w każdej chwili może eksplodować.
          - Wychodząc za mnie wiedziałaś o moich zainteresowaniach. Teraz mi nie rób wyrzutów. – rzekł przegryzając nerwowo kanapkę.
         - Wiedziałam, ale nie miałam pojęcia, że nawet w naszą cholerną rocznicę będziesz biadolił o tych przeklętych kronikach!
No tak. Dzisiaj 3 lipca. Ich 15 rocznica. Już nie wiem jak się tata wybroni.
         - Nie wyzywaj ich od przeklętych. – dodał przytłumionym głosem ignorując fakt o ich święcie.
Sięgnęłam po kolejne miękkie jajko z farszem i westchnęłam. Mama faktycznie ma potąd nasze zainteresowania. W sumie jest z rodu Harrietów, więc co ma interesować ją rodzina Middlefordów, chociaż do takowej należy.
         - Chcę Ci poinformować, że wybieram się dzisiaj do biblioteki na drugim końcu Anglii. Nie będzie mnie połowę dnia. – dodał cynicznie.
         - Proszę bardzo. – kobieta wstała i wyszła z ogrodu siejąc w swoim otoczeniu mroczną aurę.
Ojciec westchnął i z niechęcią popatrzył na jedzenie.
        - Tatku.. – zaczęłam.
        - Słucham?
Czekałam na tą chwilę, kiedy zostaniemy sam na sam. Ześlizgnęłam się z krzesła i pokazałam mężczyźnie kartkę z adresem.
        - Zabierzesz mnie tam? – spytałam pełna nadziei.
Zilustrował dokładnie cały kawałek karteczki i kilkoma paroma ruchami głowy oznajmił że się zgadza.
        - Tak! – krzyknęłam. – Kocham Cię!
Rzuciłam mu się na szyję, po czym ruszyłam cała w skowronkach do swojego pokoju, by ogarnąć się przed podróżą. Zignorowałam fakt, że ogrodnik łypał na mnie pełen rozczarowania i goryczy podlewając kwiatki w ogrodzie. Nikt mi nie zmarnuje dnia. Dziś chcę odkryć całą prawdę o Cielu Phantomhive.

1 komentarz:

  1. Takie fajne, pomysł oryginalny, przez co ciekawy. Niby opowiadanie o Cielu i Lizzy, ale przedstawione zupełnie inaczej niż inne. Szkoda tylko, że nie dokończone :< No, ale cóż może jeszcze do tego wrócisz, przynajmniej taką mam nadzieję :)

    OdpowiedzUsuń