Akcja ma miejsce po
zakończeniu 2 sezonu Kuroshitsuji. W prologu opisałam krainę, do której udali
się Ciel i Sebastian w ostatnim odcinku anime skacząc w przepaść(?). Jest to
całkowicie wymyślone i będzie nawiązywało do biblijnego raju – Edenu.
Mam nadzieję, że zrozumiecie prolog, bo napisałam go bardzo
chaotycznie. Tyle razy zmieniałam scenariusz, że już nie mam po prostu siły
wymyślić czegoś innego.
***
Eden.
Pożądany ogród rozkoszy. Kraina
mlekiem i miodem płynąca. Miejsce wiecznego lata, dobrobytu i szczęścia.
Biblijny raj stworzony dla pierwszych ludzi. Coś nieosiągalnego,
nieistniejącego i niewyobrażalnego.
Coś, czego zwykli ludzie nigdy nie
osiągną.
Porywisty wiatr gwałtownie zbudził Ciela ze
snu. Nie drgnął, ale jego oczy powoli się otworzyły. Chwilę ilustrował
pomieszczenie, i kiedy stwierdził, że chłodny podmuch nie zamierza wrócić, jego
powieki powoli opadły. Kolejny nieprzyjemny wicher zerwał go na równe nogi. Nerwowo
wstał z łoża i zarzucił na siebie aksamitny płaszcz, który sięgał aż do samej
ziemi. Opaska stanowiła drugą rzecz, jaką chłopiec założył. Bez dłuższego
zwlekania, szarpnął za drzwi, które nieprzyjemnie zaskrzypiały roznosząc się
głośnym echem po budynku.
Jego buty na
małym obcasie zaczęły wydawać rytmiczny stukot, kiedy przemierzał korytarze w swojej
twierdzy. Z trudnością próbował ignorować silny wiatr, który wiał mu prosto w
twarz, targając jego i tak już rozczochrane włosy. Powtarzające się co chwila
serie lodowatych podmuchów doprowadzały go niemal do szewskiej pasji. Na domiar
złego zapomniał z pokoju swojej laski, która stanowiła podstawę jego wszystkich
spacerów. Jednak nie to było teraz jego zmartwieniem.
Zastał
Sebastiana na dworze. Był w trakcie nakrywania stołu do śniadania, które,
według harmonogramu, miało mieć miejsce dopiero za pół godziny. Dlatego też mężczyzna
nie krył swojego zdziwienia, kiedy zastał swojego poirytowanego panicza tuż obok
siebie. Już otworzył usta, by spytać się o powód wizyty, ale silny poryw wiatru
zmusił go do interwencji, kiedy obrus uniósł się razem z wiatrem.
- Co to ma
być?! – warknął Ciel. – Ten cholerny wiatr budzi mnie już trzeci raz z rzędu!
Lokaj poprawił śnieżnobiały materiał na stole i położył
wazon z krwistoczerwonymi różami na samym środku mebla. Po chwili odparł:
- Jesień nie
jest zbyt przyjemna.
- Jesień?
Jaka jesień?! ‘’Miejsce wiecznego lata’’ –
czyż nie tak opisywałeś to miejsce?
- Jak widać biblia
kłamała o Edenie. – odpowiedział ze spokojem w głosie.
Wiatr przypomniał o swojej obecności. Ale tym razem ze zdwojoną siłą, która
strąciła wazon z kwiatami na twardy bruk. Obrus natomiast wzbił się w powietrze
i to był ostatni moment, w którym dwa demony widziały śnieżnobiały materiał.
- Albo raj
nie jest zbyt przyjazny dla demonów. – westchnął Sebastian, kiedy wichura
ustała.
Ciel spojrzał na niego pytająco, ale kiedy usłyszał głośny
grzmot, zwrócił swój wzrok w stronę pola zwiędłych róż. Na niebie znowu pojawił
się przerażający błysk.
- Burza?
Sebastianie, o co chodzi? – zwrócił się niepewnie do lokaja.
- Nie mam
zielonego pojęcia. – mruknął spoglądając na zegarek. – Mniejsza z tym. Dzisiaj
zrobię śniadanie wcześniej niż zwykle, co panicz na to? – na jego twarz wstąpił
chytry uśmieszek.
Zmieszany obecną sytuacją Ciel kiwnął głową na tak. Lokaj w
ekspresowym tempie nakrył do stołu i podał herbatę.
Młody demon konsumował niechętnie podane danie zastanawiając
się nad sytuacją, która przed chwilą miała miejsce. Zatracił się w swoich
myślach i dlatego też dopiero po piętnastu minutach oddał talerz z w połowie
nie zjedzonym jajkiem sadzonym. Nie widząc reakcji ze strony swojego
demonicznego lokaja, spojrzał w jego stronę. Stał on jak wryty, podejrzliwie
spoglądając na niebo.
- Coś nie
tak? – spytał Ciel.
Mężczyzna oprzytomniał. Na jego twarzy znowu zawitał
uśmiech.
- Ależ nie,
paniczu. – odparł zabierając talerz. – Tylko wydawało mi się że kropi.
- Wicher,
burza… A teraz deszcz? Po wieloletnim lecie? Doprawdy, Sebastianie. Nie wiem co
się dzieje, ale mam nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy.
Po tych
słowach upił łyk herbaty. Spojrzał w górę i zaczął w skupieniu oglądać ciemne
chmury, które zawisły nad Edenem. Były złowrogie, kłębiaste i nienaturalnie
ciemne. Przez ich warstwę promyki słońca nie miały szansy się przebić. Nawet
błyskawice stały się mało widoczne, jedynym ich znakiem obecności były głośne grzmoty.
Po policzku
Ciela spłynęła chłodna kropla. To dało początek ogromnej ulewie, która zmusiła
oba demony do ukrycia się pod dachem. Stół pozostawiony na dworze uniósł się i
głośnym hukiem spadł na ziemię parę metrów stąd. Zapanował Armagedon. Kraina
wiecznego lata była teraz skupiskiem wichur, gradów, burz i ulew. Idealny i
pożądany raj był niczym piekło. Kilkuletnia harmonia zamieniła się w chaos,
ciemność zastąpiła jasność, a piękno ustąpiło brzydocie. Ciel na własne oczy
widział kres pięknego Edenu, nigdy nie spodziewał się, że w swoim wiecznym
życiu przyjdzie mu oglądać takie katastrofy. Pytanie tylko czemu? Czemu po tylu latach raj nagle
stanął w ruinach? Nie miał pojęcia. Ale jedno wiedział na pewno –nie ma
tu dla nich miejscach.
-Sebastianie,
czas, żebyśmy odwiedzili naszą posiadłość w Anglii. To rozkaz. –Ciel
jedną ręką zdjął opaskę. - Zabierz mnie z tego miejsca jak najszybciej.
Lokaj uśmiechnął się lekko i szarmancko pokłonił się swojemu panu.
- Yes, mylord.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz