czwartek, 2 maja 2013

The Girl Who Died - prolog



   Akcja ma miejsce po zakończeniu 2 sezonu Kuroshitsuji. W prologu opisałam krainę, do której udali się Ciel i Sebastian w ostatnim odcinku anime skacząc w przepaść(?). Jest to całkowicie wymyślone i będzie nawiązywało do biblijnego raju – Edenu.
Mam nadzieję, że zrozumiecie prolog, bo napisałam go bardzo chaotycznie. Tyle razy zmieniałam scenariusz, że już nie mam po prostu siły wymyślić czegoś innego.

***



                          Eden.
         Pożądany ogród rozkoszy. Kraina mlekiem i miodem płynąca. Miejsce wiecznego lata, dobrobytu i szczęścia. Biblijny raj stworzony dla pierwszych ludzi. Coś nieosiągalnego, nieistniejącego i niewyobrażalnego.
         Coś, czego zwykli ludzie nigdy nie osiągną.
     


           Porywisty wiatr gwałtownie zbudził Ciela ze snu. Nie drgnął, ale jego oczy powoli się otworzyły. Chwilę ilustrował pomieszczenie, i kiedy stwierdził, że chłodny podmuch nie zamierza wrócić, jego powieki powoli opadły. Kolejny nieprzyjemny wicher zerwał go na równe nogi. Nerwowo wstał z łoża i zarzucił na siebie aksamitny płaszcz, który sięgał aż do samej ziemi. Opaska stanowiła drugą rzecz, jaką chłopiec założył. Bez dłuższego zwlekania, szarpnął za drzwi, które nieprzyjemnie zaskrzypiały roznosząc się głośnym echem po budynku.
         Jego buty na małym obcasie zaczęły wydawać rytmiczny stukot, kiedy przemierzał korytarze w swojej twierdzy. Z trudnością próbował ignorować silny wiatr, który wiał mu prosto w twarz, targając jego i tak już rozczochrane włosy. Powtarzające się co chwila serie lodowatych podmuchów doprowadzały go niemal do szewskiej pasji. Na domiar złego zapomniał z pokoju swojej laski, która stanowiła podstawę jego wszystkich spacerów. Jednak nie to było teraz jego zmartwieniem.

         Zastał Sebastiana na dworze. Był w trakcie nakrywania stołu do śniadania, które, według harmonogramu, miało mieć miejsce dopiero za pół godziny. Dlatego też mężczyzna nie krył swojego zdziwienia, kiedy zastał swojego poirytowanego panicza tuż obok siebie. Już otworzył usta, by spytać się o powód wizyty, ale silny poryw wiatru zmusił go do interwencji, kiedy obrus uniósł się razem z wiatrem.
         - Co to ma być?! – warknął Ciel. – Ten cholerny wiatr budzi mnie już trzeci raz z rzędu!
Lokaj poprawił śnieżnobiały materiał na stole i położył wazon z krwistoczerwonymi różami na samym środku mebla. Po chwili odparł:
         - Jesień nie jest zbyt przyjemna.
         - Jesień? Jaka jesień?! ‘’Miejsce wiecznego lata’’ – czyż nie tak opisywałeś to miejsce?
         - Jak widać biblia kłamała o Edenie. – odpowiedział ze spokojem w głosie.
Wiatr przypomniał o swojej obecności.  Ale tym razem ze zdwojoną siłą, która strąciła wazon z kwiatami na twardy bruk. Obrus natomiast wzbił się w powietrze i to był ostatni moment, w którym dwa demony widziały śnieżnobiały materiał.
         - Albo raj nie jest zbyt przyjazny dla demonów. – westchnął Sebastian, kiedy wichura ustała.
Ciel spojrzał na niego pytająco, ale kiedy usłyszał głośny grzmot, zwrócił swój wzrok w stronę pola zwiędłych róż. Na niebie znowu pojawił się przerażający błysk.
         - Burza? Sebastianie, o co chodzi? – zwrócił się niepewnie do lokaja.
         - Nie mam zielonego pojęcia. – mruknął spoglądając na zegarek. – Mniejsza z tym. Dzisiaj zrobię śniadanie wcześniej niż zwykle, co panicz na to? – na jego twarz wstąpił chytry uśmieszek.
Zmieszany obecną sytuacją Ciel kiwnął głową na tak. Lokaj w ekspresowym tempie nakrył do stołu i podał herbatę.
Młody demon konsumował niechętnie podane danie zastanawiając się nad sytuacją, która przed chwilą miała miejsce. Zatracił się w swoich myślach i dlatego też dopiero po piętnastu minutach oddał talerz z w połowie nie zjedzonym jajkiem sadzonym. Nie widząc reakcji ze strony swojego demonicznego lokaja, spojrzał w jego stronę. Stał on jak wryty, podejrzliwie spoglądając na niebo.
         - Coś nie tak? – spytał Ciel.
Mężczyzna oprzytomniał. Na jego twarzy znowu zawitał uśmiech.
         - Ależ nie, paniczu. – odparł zabierając talerz. – Tylko wydawało mi się że kropi.
         - Wicher, burza… A teraz deszcz? Po wieloletnim lecie? Doprawdy, Sebastianie. Nie wiem co się dzieje, ale mam nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy.
          Po tych słowach upił łyk herbaty. Spojrzał w górę i zaczął w skupieniu oglądać ciemne chmury, które zawisły nad Edenem. Były złowrogie, kłębiaste i nienaturalnie ciemne. Przez ich warstwę promyki słońca nie miały szansy się przebić. Nawet błyskawice stały się mało widoczne, jedynym ich znakiem obecności były głośne grzmoty. 

         Po policzku Ciela spłynęła chłodna kropla. To dało początek ogromnej ulewie, która zmusiła oba demony do ukrycia się pod dachem. Stół pozostawiony na dworze uniósł się i głośnym hukiem spadł na ziemię parę metrów stąd. Zapanował Armagedon. Kraina wiecznego lata była teraz skupiskiem wichur, gradów, burz i ulew. Idealny i pożądany raj był niczym piekło. Kilkuletnia harmonia zamieniła się w chaos, ciemność zastąpiła jasność, a piękno ustąpiło brzydocie. Ciel na własne oczy widział kres pięknego Edenu, nigdy nie spodziewał się, że w swoim wiecznym życiu przyjdzie mu oglądać takie katastrofy. Pytanie tylko czemu?  Czemu po tylu latach raj nagle stanął w ruinach? Nie miał pojęcia. Ale jedno wiedział na pewno –nie ma tu dla nich miejscach.
         -Sebastianie, czas, żebyśmy odwiedzili naszą posiadłość w Anglii. To rozkaz. –Ciel jedną ręką zdjął opaskę. - Zabierz mnie z tego miejsca jak najszybciej.
Lokaj uśmiechnął się lekko i szarmancko pokłonił się swojemu panu.
         - Yes, mylord.

        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz