czwartek, 2 maja 2013

Connie - Rozdział 1



***

          Stanęłam przed posiadłością rodu Middlefordów. Budynek był w bardzo dobrym stanie jak na XIX-wieczną budowlę. Zardzewiała brama z trudem się otworzyła, ale po kilku minutach siłowania puściła mnie do środka. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to piękny ogród z masą jaskrawych roślin. Co jak co, ale nie sądziłam, że po tylu latach jakiś kwiatek będzie w stanie tu urosnąć.  Zerwałam jednego z nich i powąchałam. Nigdy wcześniej nie czułam tego zapachu. Czyżby nowy gatunek o którym nie miałam pojęcia?
          - Widzę, że panience się podoba. – usłyszałam za sobą głos.
Odwróciłam się gwałtownie, ale widząc, że to tylko uroczy, mały staruszek, uśmiechnęłam się:
          - Niespotykany zapach. Jak się nazywa ten gatunek?
Starszy mężczyzna sięgnął po jeden płatek i ocierając nim o palce, zaczął wąchać.
          - To Kamelia. Piękny kwiat, nieprawdaż?
          - Kamelia? Hm.. – zamyśliłam się. – Nie znam tego kwiatka.
          - Ponieważ jest rzadko spotykany w Anglii. Rośnie tu tylko dlatego, że panienka  Elizabeth kazała sprowadzić te nasiona z Azji. Bardzo je lubiła, trzeba przyznać.
          - Zna pan Elizabeth?
          - Bardzo dobrze. Jestem osobistym ogrodnikiem panienki Middleford już od bardzo dawna. – uśmiechnął się, poprawiając swój słomiany kapelusz.
          - Osobistym? – zdziwiłam się. – Przecież żyła w XIX wieku.
Nastała cisza. Staruszek sięgnął po konewkę i zaczął podlewać rośliny jakby nie było całej sprawy. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale huk upadających bagaży zdekoncentrował mnie. Widząc biednego ojca, który walczył z ciężkimi walizkami, westchnęłam przeciągle i ruszyłam mu pomóc. Jeszcze raz odwróciłam się do ogrodnika, ale zniknął. Wzruszyłam ramionami i biorąc to tylko za dobry żart służby, zignorowałam to.
Zakłopotany tata uśmiechnął się wiedząc, że jego męska siła zawiodła. Odwzajemniłam uśmiech i wzięłam jeden z bagaży. Zachwiałam się pod jego ciężarem, ale po chwili utrzymałam równowagę. Matka widząc jak my – dwa cielaki – męczymy się z walizkami, pobiegła nam na pomoc. W środku zastała nas szczupła, brązowowłosa kobieta. Pokazała nam nasze pokoje i zniknęła w ciemnych korytarzach.
          - Tato. – zatrzymałam mężczyznę w drzwiach. – Co oni wszyscy tu robią? Myślałam, że posiadłość jest opuszczona.
          - Długo by opowiadać. Po prostu, opiekowali się tym domem. – poprawił swoje okulary i zaczął rozpakowywać pierwszą walizkę. – A przeszkadza Ci to? Przecież Paula jest bardzo miła, ogrodnik także.
          - Paula? – zdziwiłam się przypominając sobie wpis o Elizabeth.
          - No, raczej. – ojciec wyciągnął pidżamę i położył na łóżku. – A teraz idź do swojego pokoju i rozpakuj się. O 16 jest obiad.
Spasowałam. Wyszłam z pokoju rodziców i ruszyłam do swojej sypialni. Korytarze były ciemne. Świece, które powinny się palić, wisiały stopione i nie zapalone.  Po całym korytarzu słychać było echo moich kroków. Cisza, która panowała w tej posiadłości była nie do wytrzymania. Nawet zegar stojący na boku nie wydawał z siebie odgłosów tykania. Wszystko wokół było takie ciche, głuche i martwe. Promienie słoneczne padające z okna ledwo co oświetlały mi drogę. Korytarz okryła ciemność, tak jakby ktoś zarzucił koc na  posiadłość. Wędrując niekończącymi się pomieszczeniami, miałam wrażenie jakby powietrze stawało się z każdą chwilą cięższe i bardziej suche. Odgłosy kroków stały się  cichymi, słyszanymi tylko przeze mnie dźwiękami. Drugi spotkany przeze mnie zegar zaczął tykać tak, że aż błagałam o wcześniejszą ciszę. Za oknem ptaki pełnym głosem zaczęły świergolić, a gałęzie drzew mocno uderzać o okno. Dopadła mnie rażąca światłość. Dzięki niej mogłam dopiero zobaczyć stare portrety, które dekorowały korytarz. Zatrzymałam się przy jednym.
Widniała na nim uśmiechnięta osóbka. Jej blond loki sięgały do ramion, a oczy przeszywały swoim zielonym kolorem. Twarz była beztroska i radosna, tak samo jak jej posiadaczka. Jej piękna czerwona sukienka sięgała jej aż do samej ziemi, ale dało się dostrzec kawałek czarnego bucika wystającego zza sukni. Dziewczynka była piękna,  nieskalana żadną niedoskonałością. Przeczytałam podpis na samym końcu portretu: ‘ Hrabina Elizabeth Ethel Cordelia Middleford’’. Na portrecie wyglądała dokładnie tak samo jak na zdjęciu załączonym do kroniki. Dotknęłam obrazu i przejechałam po nim palcem. Kurz okrył już niemalże każdy centymetr portretu, co tylko dowodziło, że jest już bardzo stary.
          - Podoba Ci się? – usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się za siebie. Widząc brązowowłosą kobietę lekko westchnęłam. Tutejsza służba naprawdę kocha zachodzić ludzi od tyłu.
          - Tak. Bardzo piękna osoba. – uśmiechnęłam się.
          - Aż dziwne jak jesteście do siebie podobne. Connie, zgadza się? – kobieta z ciepłym uśmiechem podeszła do mnie.
          - Tak. Miło mi, pani… - przerwałam.
          - Mów mi Paula. – pokłoniła się.
Lekko zdziwiłam się jej zachowaniem. Bo kto normalny kłania się przy powitaniu? A to imię… Przecież to autor wpisu w kronice o Elizabeth. Zbieg okoliczności?
          - Bardzo ucieszyłam się na myśl, że spotkam jakąś rodzinę Middlefordów. Długo zamierzacie zostać? – spytała.
          - Myślę, że do końca wakacji.
          - Bardzo się cieszę. Widzę, że zgubiłaś swój pokój. Poszłaś w zupełnie inną stronę. Zaprowadzić Cię?
          - Jasne.
Kobieta ruszyła w lewą stronę. Poszłam za nią.
          - Więc… - zaczęłam. – Mieszkała tutaj Elizabeth, prawda?
Brązowowłosa zdziwiła się, że zaczęłam ten temat, ale ze spokojem w głosie odpowiedziała:
          - Oczywiście. Ze swoimi rodzicami i bratem. Byli bardzo szanowaną rodziną, tak samo jak rodzina Phantomhie’ów. Ale cóż, los nie był dla nich łaskawy.
          - To znaczy?
          - Rachel i Vincent Phantomhive. Nie kojarzysz?
          - Nie. Znam tylko Ciela Phantomhive tylko ze względu na to, że była o nim wzmianka w kronice rodu Middleford.
          - Zatem muszę wyjaśniać Ci wszystko od początku. Co za pech. – westchnęła. – Rachel i Vincent byli rodzicami Ciela. Frances, matka Elizabeth, była z kolei siostrą Vincenta. Czyli już całe powiązanie między obiema rodzinami znasz. Pewnego razu zdarzyła się tragedia. Rodzice Ciela zginęli w pożarze. Cała posiadłość się spaliła, a chłopiec zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Po roku wrócił w towarzystwie czarnego lokaja, Sebastiana Michaelisa. Jego ciotka, Angelina Durless, znana jako Madame Red, też po jakimś czasie zginęła z rąk Kuby Rozpruwacza, który grasował po ulicach Anglii w XIX wieku. I takim sposobem biedny Ciel został sam, ostatni hrabia z rodu Phantomhive’ów. Służył królowej przez jakiś czas, dlatego był często nazywany psem, a raczej szczeniakiem królowej. To już jednak jest inna historia.
          - A ten lokaj?
          - Sebastian Michaelis? A no tak. Demoniczny lokaj…
          - Była o nim też wzmianka w kronice. Podpisał kontrakt z Cielem, który też potem stał się demonem po komplikacjach. Ale to dość niedorzeczna historia, przecież demony nie istnieją.
          - Tak myślisz?
Tym pytaniem zbiła mnie z tropu. Zatrzymała się gwałtownie przy drzwiach mojego pokoju. Pokłoniła się i ruszyła w swoją stronę.
          - Paula! – zatrzymałam ją.
Odwróciła się w moim kierunku z pytającym wzrokiem.
          - Jest może jakaś kronika, albo księga, która pozwoli mi bardziej poznać rodzinę Phantomhive’ów?
          - Nie tyle książka, co pewne miejsce. Masz jakiś długopis i kartkę?
Weszłam do pokoju i wygrzebałam z kieszeni walizki potrzebne materiały. Paula szybko napisała adres w który mam się udać i z uśmiechem się ze mną pożegnała.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz