***
Stanęłam
przed posiadłością rodu Middlefordów. Budynek był w bardzo dobrym stanie jak na
XIX-wieczną budowlę. Zardzewiała brama z trudem się otworzyła, ale po kilku
minutach siłowania puściła mnie do środka. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to
piękny ogród z masą jaskrawych roślin. Co jak co, ale nie sądziłam, że po tylu
latach jakiś kwiatek będzie w stanie tu urosnąć. Zerwałam jednego z nich i powąchałam. Nigdy
wcześniej nie czułam tego zapachu. Czyżby nowy gatunek o którym nie miałam pojęcia?
- Widzę, że
panience się podoba. – usłyszałam za sobą głos.
Odwróciłam się gwałtownie, ale widząc, że to tylko uroczy, mały
staruszek, uśmiechnęłam się:
-
Niespotykany zapach. Jak się nazywa ten gatunek?
Starszy mężczyzna sięgnął po jeden płatek i ocierając nim o
palce, zaczął wąchać.
- To Kamelia.
Piękny kwiat, nieprawdaż?
- Kamelia?
Hm.. – zamyśliłam się. – Nie znam tego kwiatka.
- Ponieważ
jest rzadko spotykany w Anglii. Rośnie tu tylko dlatego, że panienka Elizabeth kazała sprowadzić te nasiona z
Azji. Bardzo je lubiła, trzeba przyznać.
- Zna pan
Elizabeth?
- Bardzo
dobrze. Jestem osobistym ogrodnikiem panienki Middleford już od bardzo dawna. –
uśmiechnął się, poprawiając swój słomiany kapelusz.
- Osobistym?
– zdziwiłam się. – Przecież żyła w XIX wieku.
Nastała cisza. Staruszek sięgnął po konewkę i zaczął
podlewać rośliny jakby nie było całej sprawy. Otworzyłam usta, by coś
powiedzieć, ale huk upadających bagaży zdekoncentrował mnie. Widząc biednego
ojca, który walczył z ciężkimi walizkami, westchnęłam przeciągle i ruszyłam mu
pomóc. Jeszcze raz odwróciłam się do ogrodnika, ale zniknął. Wzruszyłam
ramionami i biorąc to tylko za dobry żart służby, zignorowałam to.
Zakłopotany tata uśmiechnął się wiedząc, że jego męska siła
zawiodła. Odwzajemniłam uśmiech i wzięłam jeden z bagaży. Zachwiałam się pod
jego ciężarem, ale po chwili utrzymałam równowagę. Matka widząc jak my – dwa
cielaki – męczymy się z walizkami, pobiegła nam na pomoc. W środku zastała nas szczupła,
brązowowłosa kobieta. Pokazała nam nasze pokoje i zniknęła w ciemnych
korytarzach.
- Tato. –
zatrzymałam mężczyznę w drzwiach. – Co oni wszyscy tu robią? Myślałam, że
posiadłość jest opuszczona.
- Długo by
opowiadać. Po prostu, opiekowali się tym domem. – poprawił swoje okulary i
zaczął rozpakowywać pierwszą walizkę. – A przeszkadza Ci to? Przecież Paula
jest bardzo miła, ogrodnik także.
- Paula? –
zdziwiłam się przypominając sobie wpis o Elizabeth.
- No,
raczej. – ojciec wyciągnął pidżamę i położył na łóżku. – A teraz idź do swojego
pokoju i rozpakuj się. O 16 jest obiad.
Spasowałam. Wyszłam z pokoju rodziców i ruszyłam do swojej
sypialni. Korytarze były ciemne. Świece, które powinny się palić, wisiały
stopione i nie zapalone. Po całym
korytarzu słychać było echo moich kroków. Cisza, która panowała w tej
posiadłości była nie do wytrzymania. Nawet zegar stojący na boku nie wydawał z
siebie odgłosów tykania. Wszystko wokół było takie ciche, głuche i martwe.
Promienie słoneczne padające z okna ledwo co oświetlały mi drogę. Korytarz
okryła ciemność, tak jakby ktoś zarzucił koc na
posiadłość. Wędrując niekończącymi się pomieszczeniami, miałam wrażenie
jakby powietrze stawało się z każdą chwilą cięższe i bardziej suche. Odgłosy
kroków stały się cichymi, słyszanymi
tylko przeze mnie dźwiękami. Drugi spotkany przeze mnie zegar zaczął tykać tak,
że aż błagałam o wcześniejszą ciszę. Za oknem ptaki pełnym głosem zaczęły świergolić,
a gałęzie drzew mocno uderzać o okno. Dopadła mnie rażąca światłość. Dzięki
niej mogłam dopiero zobaczyć stare portrety, które dekorowały korytarz.
Zatrzymałam się przy jednym.
Widniała na nim uśmiechnięta osóbka. Jej blond loki sięgały
do ramion, a oczy przeszywały swoim zielonym kolorem. Twarz była beztroska i
radosna, tak samo jak jej posiadaczka. Jej piękna czerwona sukienka sięgała jej
aż do samej ziemi, ale dało się dostrzec kawałek czarnego bucika wystającego
zza sukni. Dziewczynka była piękna,
nieskalana żadną niedoskonałością. Przeczytałam podpis na samym końcu
portretu: ‘’ Hrabina Elizabeth Ethel Cordelia
Middleford’’. Na portrecie
wyglądała dokładnie tak samo jak na zdjęciu załączonym do kroniki. Dotknęłam
obrazu i przejechałam po nim palcem. Kurz okrył już niemalże każdy centymetr
portretu, co tylko dowodziło, że jest już bardzo stary.
- Podoba Ci się? – usłyszałam za
sobą.
Odwróciłam się za
siebie. Widząc brązowowłosą kobietę lekko westchnęłam. Tutejsza służba naprawdę
kocha zachodzić ludzi od tyłu.
- Tak. Bardzo piękna osoba. –
uśmiechnęłam się.
- Aż dziwne jak jesteście do siebie
podobne. Connie, zgadza się? – kobieta z ciepłym uśmiechem podeszła do mnie.
- Tak. Miło mi, pani… - przerwałam.
- Mów mi Paula. – pokłoniła się.
Lekko zdziwiłam się
jej zachowaniem. Bo kto normalny kłania się przy powitaniu? A to imię… Przecież
to autor wpisu w kronice o Elizabeth. Zbieg okoliczności?
- Bardzo ucieszyłam się na myśl, że
spotkam jakąś rodzinę Middlefordów. Długo zamierzacie zostać? – spytała.
- Myślę, że do końca wakacji.
- Bardzo się cieszę. Widzę, że
zgubiłaś swój pokój. Poszłaś w zupełnie inną stronę. Zaprowadzić Cię?
- Jasne.
Kobieta ruszyła w
lewą stronę. Poszłam za nią.
- Więc… - zaczęłam. – Mieszkała tutaj
Elizabeth, prawda?
Brązowowłosa
zdziwiła się, że zaczęłam ten temat, ale ze spokojem w głosie odpowiedziała:
- Oczywiście. Ze swoimi rodzicami i
bratem. Byli bardzo szanowaną rodziną, tak samo jak rodzina Phantomhie’ów. Ale
cóż, los nie był dla nich łaskawy.
- To znaczy?
- Rachel i Vincent Phantomhive. Nie
kojarzysz?
- Nie. Znam tylko Ciela Phantomhive
tylko ze względu na to, że była o nim wzmianka w kronice rodu Middleford.
- Zatem muszę wyjaśniać Ci wszystko
od początku. Co za pech. – westchnęła. – Rachel i Vincent byli rodzicami Ciela.
Frances, matka Elizabeth, była z kolei siostrą Vincenta. Czyli już całe
powiązanie między obiema rodzinami znasz. Pewnego razu zdarzyła się tragedia.
Rodzice Ciela zginęli w pożarze. Cała posiadłość się spaliła, a chłopiec
zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Po roku wrócił w towarzystwie
czarnego lokaja, Sebastiana Michaelisa. Jego ciotka, Angelina Durless, znana
jako Madame Red, też po jakimś czasie zginęła z rąk Kuby Rozpruwacza, który
grasował po ulicach Anglii w XIX wieku. I takim sposobem biedny Ciel został
sam, ostatni hrabia z rodu Phantomhive’ów. Służył królowej przez jakiś czas,
dlatego był często nazywany psem, a raczej szczeniakiem królowej. To już jednak
jest inna historia.
- A ten lokaj?
- Sebastian Michaelis? A no tak.
Demoniczny lokaj…
- Była o nim też wzmianka w kronice.
Podpisał kontrakt z Cielem, który też potem stał się demonem po komplikacjach.
Ale to dość niedorzeczna historia, przecież demony nie istnieją.
- Tak myślisz?
Tym pytaniem zbiła mnie z tropu. Zatrzymała się gwałtownie przy drzwiach mojego pokoju. Pokłoniła się i ruszyła w swoją stronę.
Tym pytaniem zbiła mnie z tropu. Zatrzymała się gwałtownie przy drzwiach mojego pokoju. Pokłoniła się i ruszyła w swoją stronę.
- Paula! – zatrzymałam ją.
Odwróciła się w moim
kierunku z pytającym wzrokiem.
- Jest może jakaś kronika, albo
księga, która pozwoli mi bardziej poznać rodzinę Phantomhive’ów?
- Nie tyle książka, co pewne miejsce.
Masz jakiś długopis i kartkę?
Weszłam do pokoju i
wygrzebałam z kieszeni walizki potrzebne materiały. Paula szybko napisała adres
w który mam się udać i z uśmiechem się ze mną pożegnała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz