***
Nie minęło 10
minut, a już byłam w pełnej gotowości do podróży. Wyposażyłam się tylko w małą
torbę, którą przewiesiłam przed ramię, ale zmieściłam w niej wszystkie
potrzebne rzeczy. Szybko zmieniłam obuwie. Nie zostając w posiadłości ani
chwili dłużej, zeszłam na pole i ruszyłam w poszukiwaniu taty. Zastałam
mężczyznę tam gdzie go zostawiłam, czyli przy stole w ogródku. Dalej męczył się
z jajecznicą i kawałkiem chleba, ale szybko pogoniłam go do posiadłości, by
wziął wszystko co mu potrzebne. Chciałam jak najszybciej ruszyć w podróż.
- Spokojnie,
kochanie. – uspokoił mnie i zaczął jeść kromkę chleba z taką samą żółwią
prędkością jak wcześniej.
- Tato,
szybciej no. – niecierpliwiłam się.
- Gdzie ci
się tak śpieszy? – spojrzał na zegarek. – Mamy jeszcze 30 minut czasu.
- Do czego?
- Bibliotekę
otwierają dopiero o 12. Nie ma sensu jechać wcześniej. – powiedział sięgając po
jednego z kilku rogalików leżących na posrebrzanych talerzach. – Jak ci się
nudzi to idź do sypialni i przynieś mi torbę. Wczoraj się już spakowałem.
- Aissh. –
wydałam odgłos poirytowania i ruszyłam w stronę drzwi wejściowych.
Przemierzałam
korytarze bardzo wolno, bo jak stwierdził tata, nie miałam się do czego śpieszyć.
Z uwagą oglądałam portrety zawieszone na ścianach, chociaż już wcześniej
zdążyłam to zrobić. Zauważyłam, że wiele twarzy umknęło mojej uwadze.
Przystanęłam przy jednym z portretów. Marchioness Frances Phantomhive-Middleford. Uważnie się jej przyglądnęłam. Idealnie ułożone włosy, surowa twarz, bystre
oczy, zmarszczone brwi. A więc to moja
praprababka. – pomyślałam. Przeszłam parę kroków dalej. Marquis Alexis Leon Middleford. Również surowy,
poważny i dostojny jak jego małżonka. Lord Edward Midford. Przystojny młodzieniec, który dumnie trzymał
szablę w lewej ręce. Wszyscy z nich byli tak dostojni, że na pierwszy rzut oka
było widać, że płynie w nich krew szlachty. No i w końcu Lady Elizabeth Ethel Cordelia Middleford. Nie
wiem ile już razy patrzyłam na ten portret, ale lubiłam to robić. Czułam się
jakbym patrzyła na samą siebie. Byłyśmy tak podobne, że to aż niesamowite. Tata
mówił, że to normalne, w końcu te same geny, ale bycie sobowtórem XIX-wiecznej
dziewczynki było dalekie od granic normalności. Mam wrażenie jakbyśmy były
jedną osobą. I chyba dlatego zależy mi na tym by odkryć prawdziwą przyczynę jej
śmierci. Pierwsze poszlaki prowadzą do Ciela Phantomhive. Czy to on stał za jej śmiercią? Pokręciłam głową. Przecież był tylko 14-letnim dzieckiem, jak
mógłby to zrobić? Westchnęłam i hardo popatrzyłam na portret Elizabeth.
- Obiecuję ci, że odkryję prawdę. –
szepnęłam dotykając lekko płótna obrazu.
Spojrzałam ostatni
raz na dziewczynę i ruszyłam do sypialni.
***
- Co on tam ma?! – przechyliłam się
przez ciężar skórzanej torby mojego taty.
Z wysiłkiem
przemierzałam korytarze. W połowie drogi miałam ochotę się poddać, ale zamiast
tego poprawiłam torbę i hardo ruszyłam dalej. Obmyśliłam sobie, że przejdę
kuchnią, która miała przejście na ogród. Będzie to szybsze niż bym miała się
tłuc normalnie wyjściem, które ogród miało po całkowicie po drugiej stronie.
Pokonałam schody i z lekką trudnością znalazłam drzwi do kuchni. Już miałam je
otworzyć, kiedy usłyszałam za nimi jakieś wrzaski i rozmowy. Chciałam się
wycofać i nie podsłuchiwać, ale jak zwykle ciekawość zwyciężyła. Z ostrożnością
położyłam ciężką torbę na ziemię i przyłożyłam ucho do drewnianych drzwi.
- Masz świadomość tego co zrobiłaś?! –
usłyszałam stłumiony męski głos, nietrudno było się domyślić, że należy do
ogrodnika.
- Uspokój się. – tym razem łagodny
głos kobiecy, zapewne Pauli.
- Jak to się mam uspokoić?! –
krzyknął. – Aishh, wiedziałem, że przyjazd Middlefordów będzie tylko problemem!
- Wszystko jest pod kontrolą.
- Pod kontrolą?! – znowu warknął. –
Byłoby pod kontrolą gdybyś nie wpychała tej dziewczyny w paszczę lwa! Czemu
chcesz ją wysłać do posiadłości Phantomhive’ów?! Po co chcesz to rozgrzebywać?!
Po co?!
- Wiem co robię. – kobieta nie dała się
ponieść emocjom.
- Nie wiesz nic! Wspomnienia tragedii
rodu Middlefordów powrócą i to się na nas odbije! Ze zdwojoną siłą! Ciel
Phantomhive… Ten szczeniak…!
- Ciel Phantomhive był inteligentnym i
szlachetnym chłopcem, który na własne oczy widział śmierć swoich rodziców. Był
częścią naszej rodziny. Niczemu nie zawinił. – powiedziała to szybko i z
drżeniem w głosie.
- Stał się demonem! Przepadł, jak
kamień w wodę! Skazał nas na wyrok! To on….!
- Nie znałeś go jak był dzieckiem. Ja
owszem. Może i przepadł, ale to nie on ściągnął na nas wyrok. – podniosła głos.
- On nigdy by nie skrzywdził panienki Elizabeth. To nie on, rozumiesz? To ktoś
inny. I wierzę, że Connie Middleford jest kluczem do tej zagadki.
- Słyszysz samą siebie?! To tylko dziecko! Narażasz
ją!
- Jest pod naszą ochroną.
- Ty głupia demonico!
Usłyszałam kroki w
stronę drzwi. Bez zastanowienia zerwałam się z torbą i pobiegłam w stronę głównych
drzwi. Kiedy byłam wystarczająco daleko od kuchni, zwolniłam kroku i sprawiałam
pozory, że niczego nie słyszałam. Kątem oka zobaczyłam wychodzącą Paulę. Kiedy
mnie zauważyła, z uśmiechem ruszyła w moją stronę. Odwzajemniłam uśmiech,
chociaż w moich myślach dalej odbijało się echo ich rozmowy. Byłam przerażona,
to chyba nie był żart służby.
- Panienko. – odparła przyjaźnie
Paula.
- Dzień dobry… Ponownie. –
odpowiedziałam zmieszana.
Kobieta
zachichotała.
- Już niedługo wyjeżdżacie, prawda? –
spytała się. - Masz ten adres, czy zapisać ci go od nowa?
- N-nie. Mam go.
- To dobrze.
- Muszę już iść. – uśmiechnęłam się
przepraszająco i ominęłam ją.
- Ah, niech panienka poczeka!
Odwróciłam się w jej
stronę, a ta wyciągnęła w moją stronę rękę. Trzymała parasol.
- Niech panienka weźmie, zbliża się
ulewa.
Popatrzyłam na
słoneczne, bezchmurne niebo i z zawahaniem sięgnęłam po parasol. Wątpię czy mi
się przyda w taką pogodę. Paula obdarowała mnie uśmiechem i życzyła szerokiej
drogi. Podziękowałam i dalej wstrząśnięta ruszyłam do taty.
- Co cię tak długo nie było? – spytał
tata. – A z resztą, nieważne. Jedziemy?
Kiwnęłam z
zawahaniem głową.
- Huh, gdzie twój wcześniejszy
entuzjazm? – zaśmiał się.
- Jest tutaj i ma się dobrze! –
powiedziałam głośno i z uśmiechem.
Tata tylko wydał z
siebie rechot i ruszył w stronę auta. Usiadłam w tyle, a tata w miejscu
kierowcy. Odwrócił się w moją stronę.
- To gdzie chcesz jechać?
- Oh. Czekaj. – wygrzebałam adres i
przeczytałam go.
- Hmm…. – zamyślił się tata. – To
całkiem niedaleko.... Zrobimy tak – podjedziemy do biblioteki. Ja pójdę do jej
środka, a ty na swój adres. Umówimy się kiedy i gdzie się ponownie spotkamy.
Pasi?
Kiwnęłam głową na
znak, że się zgadzam.
- I gitara. – uśmiechnął się.
Ruszyliśmy w drogę.
Byłam teraz kłębkiem nerwów. Nie
wiedziałam o co chodziło w tej rozmowie i to chyba najbardziej mnie przerażało.
Jaka tragedia Middlefordów? Jakie znowu demony? A co najważniejsze – Ja?
Kluczem? Do czego? Jestem chroniona? Przed czym? Marzyłam, żeby teraz usunąć tą
rozmowę z umysłu. Marzyłam by wrócić do domu… Ale z drugiej strony wszystko
nagle nabrało kolorów. Stało się tak tajemnicze, że czuję się w obowiązku to
odkryć, rozwiązać. Posiadłość Phantomhive’ów – to brzmiało strasznie, ale i
intrygująco. Miałam przeczucie, że tam znajdę odpowiedź, chociaż część mnie
doskonale wiedziała, że to nie może być takie łatwe. Ale czy ja na pewno chcę się w to pchać? Dobre pytanie. Może to co
zdarzyło się w XIX wieku powinno zostać w XIX wieku. Może to tylko
odgrzebywanie starych demonów. Dopiero teraz zrozumiałam na co się zdecydowałam….
- Jesteśmy! – głos taty wyrwał mnie z
rozmyślań.
Nieprzytomna
podniosłam głowę. Kompletnie straciłam orientację w terenie. Wysiadłam z auta i
rozglądnęłam się po okolicy. Naprzeciw parkingu, po drugiej stronie ulicy, stała
ogromnych rozmiarów stara biblioteka. Oprócz niej nic nie wydawało mi się godne
uwagi – domy, bary, restauracje.
- Spotykamy się tutaj o 16? – spytał tata.
Kiwnęłam głową.
Mężczyzna bez dłuższego zwlekania, przeszedł na drugą stronę i po chwili zniknął
za ciężkimi drzwiami biblioteki. Spojrzałam na kartkę z adresem i ruszyłam
przed siebie. Anglia zdawała się pójść z duchem czasu – samochody, bary, salony
gier. Może nie byłoby tak dziwne, gdybym nie miała świadomości, że kiedyś w tym
samym miejscu stąpali sami lordowie. Oglądałam zdjęcia XIX-wiecznych ulic i
współczesna Anglia za nic ich nie przypominała. Wszystko się zmieniło, nawet
układ płyt chodnikowych.
Patrząc na nazwy
ulic, zwątpiłam, że trafię tam o samych siłach. Zatrzymałam więc jakąś młodą
panią i poprosiłam o pomoc.
- Niestety, nie kojarzę adresu. –
odpowiedziała.
Przeprosiłam więc i
poszłam szukać pomocy gdzie indziej. Ku mojemu zdziwieniu, już siódma z kolei
osoba nie potrafiła mi powiedzieć gdzie to jest. Utknęłam więc w samym środku
miasta. Co prawda tata kojarzył, że to gdzieś niedaleko biblioteki, ale nie
opłacało mi się do niego wracać.
- Przepraszam! – zatrzymałam małą
staruszkę, która wyprowadzała psa. – Wie pani gdzie to jest?
Kobieta zmrużyła
oczy i popatrzyła na kartkę z adresem.
- To niedaleko, musisz przejść tylko
przez tę przecznicę. – powiedziała zachrypniętym głosem i pokazała palcem
miejsce gdzie mam się udać.
- Tylko tyle? – zdziwiłam się. –
Pytałam się masy ludzi i nikt mi nie potrafił powiedzieć gdzie to jest.
- Osoby które się o to pytałaś… To
pewnie młodzi ludzie?
Zdziwiłam się pytaniem ale kiwnęłam głową.
Zdziwiłam się pytaniem ale kiwnęłam głową.
- Tak myślałam. Młodzi ludzie nie
pamiętają starej Anglii, chociaż jest tak bardzo blisko nich… - kobieta
uśmiechnęła się ciepło i ruszyła przed siebie.
Chwilę zastanawiałam
się nad sensem wypowiedzi staruszki, ale wszystko stało się dla mnie jasne,
kiedy przeszłam przez ciasną i ciemną przecznicę. Moim oczom ukazała się ta
sama Anglia, którą widziałam na zdjęciach. Arystrokrackie domy, budynki
pamiętające tamte czasy, nawet chodniki i lampy uliczne były identyczne. A co
najważniejsze – nie było tu ani jedne żywej duszy. Ulice były opustoszałe, ale
przez to piękne. Jakim cudem ludzie nie mieli pojęcia o tej części Anglii? Młodzi ludzie nie pamiętają starej Anglii.
– zabrzmiało mi w głowie. Co racja to racja. Popatrzyłam jeszcze raz na adres i
odszukałam numer. Przeszłam parę kroków i aż stanęłam ze zdumienia. Odebrało mi
mowę, kiedy zobaczyłam posiadłość. Była ogromna. I piękna. Mimo zielska i
chwastów, którymi obrastała, robiła ogromne wrażenie. Stanęłam przed
zardzewiałą bramą. Serce zaczęło mi niespokojnie łomotać.
- To już czas. – powiedziałam do siebie.
Pchnęłam bramę i
zrobiłam pierwsze kroki. Czułam, że jestem obserwowana. Jednak wiedziałam, że nie ma drogi odwrotu.
Gaaah!!
OdpowiedzUsuńDziewczyno, rozumiem, brak weny i wgl, ale czemu?! To jest tak ciekawe, że nie wiem jak wytrzymam bez czytania!
Proszę, obyś szybko wróciła, bo wiedz, że będę czekać!!! ^0^)
Jeśli byłabyś zainteresowana, to zapraszam na mój blog, który także jest o Kuroshitsuji :3