niedziela, 3 listopada 2013

Connie - Rozdział 3

Męczy mnie talent, pomysły wylewają mi się litrami z mózgu, tak więc powracam. Wybaczcie za zwłokę(jeśli w ogóle ktoś to jeszcze czyta). Po prostu byłam leniwa nie miałam motywacji, a ja nie lubię się zmuszać do pisania. Przyznaję, że ten rozdział jest trochę na odwal się, ale to chyba dlatego, że wyszłam z wprawy. Przepraszam, postaram się w kolejnych rozdziałach ;A;

***

         Nie minęło 10 minut, a już byłam w pełnej gotowości do podróży. Wyposażyłam się tylko w małą torbę, którą przewiesiłam przed ramię, ale zmieściłam w niej wszystkie potrzebne rzeczy. Szybko zmieniłam obuwie. Nie zostając w posiadłości ani chwili dłużej, zeszłam na pole i ruszyłam w poszukiwaniu taty. Zastałam mężczyznę tam gdzie go zostawiłam, czyli przy stole w ogródku. Dalej męczył się z jajecznicą i kawałkiem chleba, ale szybko pogoniłam go do posiadłości, by wziął wszystko co mu potrzebne. Chciałam jak najszybciej ruszyć w podróż.
         - Spokojnie, kochanie. – uspokoił mnie i zaczął jeść kromkę chleba z taką samą żółwią prędkością jak wcześniej.
         - Tato, szybciej no. – niecierpliwiłam się.
         - Gdzie ci się tak śpieszy? – spojrzał na zegarek. – Mamy jeszcze 30 minut czasu.
         - Do czego?
         - Bibliotekę otwierają dopiero o 12. Nie ma sensu jechać wcześniej. – powiedział sięgając po jednego z kilku rogalików leżących na posrebrzanych talerzach. – Jak ci się nudzi to idź do sypialni i przynieś mi torbę. Wczoraj się już spakowałem.
         - Aissh. – wydałam odgłos poirytowania i ruszyłam w stronę drzwi wejściowych.

         Przemierzałam korytarze bardzo wolno, bo jak stwierdził tata, nie miałam się do czego śpieszyć. Z uwagą oglądałam portrety zawieszone na ścianach, chociaż już wcześniej zdążyłam to zrobić. Zauważyłam, że wiele twarzy umknęło mojej uwadze. Przystanęłam przy jednym z portretów. Marchioness Frances Phantomhive-Middleford. Uważnie się jej przyglądnęłam.  Idealnie ułożone włosy, surowa twarz, bystre oczy, zmarszczone brwi. A więc to moja praprababka. – pomyślałam. Przeszłam parę kroków dalej. Marquis Alexis Leon Middleford. Również surowy, poważny i dostojny jak jego małżonka. Lord Edward Midford. Przystojny młodzieniec, który dumnie trzymał szablę w lewej ręce. Wszyscy z nich byli tak dostojni, że na pierwszy rzut oka było widać, że płynie w nich krew szlachty. No i w końcu Lady Elizabeth Ethel Cordelia Middleford. Nie wiem ile już razy patrzyłam na ten portret, ale lubiłam to robić. Czułam się jakbym patrzyła na samą siebie. Byłyśmy tak podobne, że to aż niesamowite. Tata mówił, że to normalne, w końcu te same geny, ale bycie sobowtórem XIX-wiecznej dziewczynki było dalekie od granic normalności. Mam wrażenie jakbyśmy były jedną osobą. I chyba dlatego zależy mi na tym by odkryć prawdziwą przyczynę jej śmierci. Pierwsze poszlaki prowadzą do Ciela Phantomhive. Czy to on stał za jej śmiercią? Pokręciłam głową. Przecież był tylko 14-letnim dzieckiem, jak mógłby to zrobić? Westchnęłam i hardo popatrzyłam na portret Elizabeth.
         - Obiecuję ci, że odkryję prawdę. – szepnęłam dotykając lekko płótna obrazu.
Spojrzałam ostatni raz na dziewczynę i ruszyłam do sypialni.

***

         - Co on tam ma?! – przechyliłam się przez ciężar skórzanej torby mojego taty.
Z wysiłkiem przemierzałam korytarze. W połowie drogi miałam ochotę się poddać, ale zamiast tego poprawiłam torbę i hardo ruszyłam dalej. Obmyśliłam sobie, że przejdę kuchnią, która miała przejście na ogród. Będzie to szybsze niż bym miała się tłuc normalnie wyjściem, które ogród miało po całkowicie po drugiej stronie. Pokonałam schody i z lekką trudnością znalazłam drzwi do kuchni. Już miałam je otworzyć, kiedy usłyszałam za nimi jakieś wrzaski i rozmowy. Chciałam się wycofać i nie podsłuchiwać, ale jak zwykle ciekawość zwyciężyła. Z ostrożnością położyłam ciężką torbę na ziemię i przyłożyłam ucho do drewnianych drzwi.
         - Masz świadomość tego co zrobiłaś?! – usłyszałam stłumiony męski głos, nietrudno było się domyślić, że należy do ogrodnika.
         - Uspokój się. – tym razem łagodny głos kobiecy, zapewne Pauli.
         - Jak to się mam uspokoić?! – krzyknął. – Aishh, wiedziałem, że przyjazd Middlefordów będzie tylko problemem!
         - Wszystko jest pod kontrolą.
         - Pod kontrolą?! – znowu warknął. – Byłoby pod kontrolą gdybyś nie wpychała tej dziewczyny w paszczę lwa! Czemu chcesz ją wysłać do posiadłości Phantomhive’ów?! Po co chcesz to rozgrzebywać?! Po co?!
         - Wiem co robię. – kobieta nie dała się ponieść emocjom.
         - Nie wiesz nic! Wspomnienia tragedii rodu Middlefordów powrócą i to się na nas odbije! Ze zdwojoną siłą! Ciel Phantomhive… Ten szczeniak…!
         - Ciel Phantomhive był inteligentnym i szlachetnym chłopcem, który na własne oczy widział śmierć swoich rodziców. Był częścią naszej rodziny. Niczemu nie zawinił. – powiedziała to szybko i z drżeniem w głosie.
         - Stał się demonem! Przepadł, jak kamień w wodę! Skazał nas na wyrok! To on….!
         - Nie znałeś go jak był dzieckiem. Ja owszem. Może i przepadł, ale to nie on ściągnął na nas wyrok. – podniosła głos. - On nigdy by nie skrzywdził panienki Elizabeth. To nie on, rozumiesz? To ktoś inny. I wierzę, że Connie Middleford jest kluczem do tej zagadki.
         -  Słyszysz samą siebie?! To tylko dziecko! Narażasz ją!
         - Jest pod naszą ochroną.
         - Ty głupia demonico!
Usłyszałam kroki w stronę drzwi. Bez zastanowienia zerwałam się z torbą i pobiegłam w stronę głównych drzwi. Kiedy byłam wystarczająco daleko od kuchni, zwolniłam kroku i sprawiałam pozory, że niczego nie słyszałam. Kątem oka zobaczyłam wychodzącą Paulę. Kiedy mnie zauważyła, z uśmiechem ruszyła w moją stronę. Odwzajemniłam uśmiech, chociaż w moich myślach dalej odbijało się echo ich rozmowy. Byłam przerażona, to chyba nie był żart służby.
         - Panienko. – odparła przyjaźnie Paula.
         - Dzień dobry… Ponownie. – odpowiedziałam zmieszana.
Kobieta zachichotała.
         - Już niedługo wyjeżdżacie, prawda? – spytała się. - Masz ten adres, czy zapisać ci go od nowa?
         - N-nie. Mam go.
         - To dobrze.
         - Muszę już iść. – uśmiechnęłam się przepraszająco i ominęłam ją.
         - Ah, niech panienka poczeka!
Odwróciłam się w jej stronę, a ta wyciągnęła w moją stronę rękę. Trzymała parasol.
         - Niech panienka weźmie, zbliża się ulewa.
Popatrzyłam na słoneczne, bezchmurne niebo i z zawahaniem sięgnęłam po parasol. Wątpię czy mi się przyda w taką pogodę. Paula obdarowała mnie uśmiechem i życzyła szerokiej drogi. Podziękowałam i dalej wstrząśnięta ruszyłam do taty.

         - Co cię tak długo nie było? – spytał tata. – A z resztą, nieważne. Jedziemy?
Kiwnęłam z zawahaniem głową.
         - Huh, gdzie twój wcześniejszy entuzjazm? – zaśmiał się.
         - Jest tutaj i ma się dobrze! – powiedziałam głośno i z uśmiechem.
Tata tylko wydał z siebie rechot i ruszył w stronę auta. Usiadłam w tyle, a tata w miejscu kierowcy. Odwrócił się w moją stronę.
         - To gdzie chcesz jechać?
         - Oh. Czekaj. – wygrzebałam adres i przeczytałam go.
         - Hmm…. – zamyślił się tata. – To całkiem niedaleko.... Zrobimy tak – podjedziemy do biblioteki. Ja pójdę do jej środka, a ty na swój adres. Umówimy się kiedy i gdzie się ponownie spotkamy. Pasi?
Kiwnęłam głową na znak, że się zgadzam.
         - I gitara. – uśmiechnął się.
Ruszyliśmy w drogę.
         Byłam teraz kłębkiem nerwów. Nie wiedziałam o co chodziło w tej rozmowie i to chyba najbardziej mnie przerażało. Jaka tragedia Middlefordów? Jakie znowu demony? A co najważniejsze – Ja? Kluczem? Do czego? Jestem chroniona? Przed czym? Marzyłam, żeby teraz usunąć tą rozmowę z umysłu. Marzyłam by wrócić do domu… Ale z drugiej strony wszystko nagle nabrało kolorów. Stało się tak tajemnicze, że czuję się w obowiązku to odkryć, rozwiązać. Posiadłość Phantomhive’ów – to brzmiało strasznie, ale i intrygująco. Miałam przeczucie, że tam znajdę odpowiedź, chociaż część mnie doskonale wiedziała, że to nie może być takie łatwe. Ale czy ja na pewno chcę się w to pchać? Dobre pytanie. Może to co zdarzyło się w XIX wieku powinno zostać w XIX wieku. Może to tylko odgrzebywanie starych demonów. Dopiero teraz zrozumiałam na co się zdecydowałam….
         - Jesteśmy! – głos taty wyrwał mnie z rozmyślań.
Nieprzytomna podniosłam głowę. Kompletnie straciłam orientację w terenie. Wysiadłam z auta i rozglądnęłam się po okolicy. Naprzeciw parkingu, po drugiej stronie ulicy, stała ogromnych rozmiarów stara biblioteka. Oprócz niej nic nie wydawało mi się godne uwagi – domy, bary, restauracje.
         - Spotykamy się tutaj o 16? – spytał tata.
Kiwnęłam głową. Mężczyzna bez dłuższego zwlekania, przeszedł na drugą stronę i po chwili zniknął za ciężkimi drzwiami biblioteki. Spojrzałam na kartkę z adresem i ruszyłam przed siebie. Anglia zdawała się pójść z duchem czasu – samochody, bary, salony gier. Może nie byłoby tak dziwne, gdybym nie miała świadomości, że kiedyś w tym samym miejscu stąpali sami lordowie. Oglądałam zdjęcia XIX-wiecznych ulic i współczesna Anglia za nic ich nie przypominała. Wszystko się zmieniło, nawet układ płyt chodnikowych.  
Patrząc na nazwy ulic, zwątpiłam, że trafię tam o samych siłach. Zatrzymałam więc jakąś młodą panią i poprosiłam o pomoc.
         - Niestety, nie kojarzę adresu. – odpowiedziała.
Przeprosiłam więc i poszłam szukać pomocy gdzie indziej. Ku mojemu zdziwieniu, już siódma z kolei osoba nie potrafiła mi powiedzieć gdzie to jest. Utknęłam więc w samym środku miasta. Co prawda tata kojarzył, że to gdzieś niedaleko biblioteki, ale nie opłacało mi się do niego wracać.
         - Przepraszam! – zatrzymałam małą staruszkę, która wyprowadzała psa. – Wie pani gdzie to jest?
Kobieta zmrużyła oczy i popatrzyła na kartkę z adresem.
         - To niedaleko, musisz przejść tylko przez tę przecznicę. – powiedziała zachrypniętym głosem i pokazała palcem miejsce gdzie mam się udać.
         - Tylko tyle? – zdziwiłam się. – Pytałam się masy ludzi i nikt mi nie potrafił powiedzieć gdzie to jest.
         - Osoby które się o to pytałaś… To pewnie młodzi ludzie?
Zdziwiłam się pytaniem ale kiwnęłam głową.
         - Tak myślałam. Młodzi ludzie nie pamiętają starej Anglii, chociaż jest tak bardzo blisko nich… - kobieta uśmiechnęła się ciepło i ruszyła przed siebie.
Chwilę zastanawiałam się nad sensem wypowiedzi staruszki, ale wszystko stało się dla mnie jasne, kiedy przeszłam przez ciasną i ciemną przecznicę. Moim oczom ukazała się ta sama Anglia, którą widziałam na zdjęciach. Arystrokrackie domy, budynki pamiętające tamte czasy, nawet chodniki i lampy uliczne były identyczne. A co najważniejsze – nie było tu ani jedne żywej duszy. Ulice były opustoszałe, ale przez to piękne. Jakim cudem ludzie nie mieli pojęcia o tej części Anglii? Młodzi ludzie nie pamiętają starej Anglii. – zabrzmiało mi w głowie. Co racja to racja. Popatrzyłam jeszcze raz na adres i odszukałam numer. Przeszłam parę kroków i aż stanęłam ze zdumienia. Odebrało mi mowę, kiedy zobaczyłam posiadłość. Była ogromna. I piękna. Mimo zielska i chwastów, którymi obrastała, robiła ogromne wrażenie. Stanęłam przed zardzewiałą bramą. Serce zaczęło mi niespokojnie łomotać.
         - To już czas. – powiedziałam do siebie.
Pchnęłam bramę i zrobiłam pierwsze kroki. Czułam, że jestem obserwowana. Jednak wiedziałam, że nie ma drogi odwrotu.

1 komentarz:

  1. Gaaah!!
    Dziewczyno, rozumiem, brak weny i wgl, ale czemu?! To jest tak ciekawe, że nie wiem jak wytrzymam bez czytania!

    Proszę, obyś szybko wróciła, bo wiedz, że będę czekać!!! ^0^)
    Jeśli byłabyś zainteresowana, to zapraszam na mój blog, który także jest o Kuroshitsuji :3

    OdpowiedzUsuń