Akcja jednopartówki ma miejsce po zakończeniu 2 sezonu
Kuroshitsuji.
***
‘’In memory of Ciel
Phantomhive
Who died at Aug, 26 th
1889
AGED 13 YEARS’’
Nie wiedziała co się dzieje. Nie miała pojęcia, czemu
wszyscy przez łzy składali jej kondolencje. Nie pojmowała tych czarnych,
żałobnych strojów. To wszystko było dla niej wielką niewiadomą, sprawą której
nikt jej nie wyjaśnił. Paula ją unikała, była głucha na wszystkie je pytania.
Cała służba zaniemówiła, nie powiedziała do niej ani słowa. Przechodziła koło
niej ze spuszczoną głową, nie okazując swojej przejętej i przygnębionej twarzy.
Nie rozumiała, czemu przygotowali jej żałobną kreację - tą, którą miała na
pogrzebie Madame Red. Co się dzieje?! – wołała.
Odpowiadało jej głuche milczenie. Została sama ze swoimi myślami. Tylko ona i
jej domysły.
- Ciel nie
żyje. – te słowa dorwały ją jak grom z jasnego nieba w połowie drogi do
sypialni.
Odwróciła się w stronę zapłakanej Pauli, która ledwo co dała
radę wycierać łzy pomiętoszoną z nerwów chusteczką.
- Nie żyje.
– powtórzyła szlochając.
Nie odezwała się ani słowem. Wiedziała, że te słowa nie mogą
być prawdą. Jeszcze parę godzin temu tańczyła z nim w rytm zepsutego gramofonu.
On nie może być martwy.
- Jutro
pogrzeb. – dodała przez ściśnięte z żalu zęby.
Paula odeszła. Nie mogła już dalej spoglądać na zgorszoną
twarz swojej pani. Nie w takim momencie.
***
Elizabeth zeszła na dół dziarskim krokiem okazując wszystkim
swoją niewzruszoną twarz. Jej blond loki zafalowały, kiedy gwałtownie otworzyła
drzwi na dwór. Kropla deszczu spadła na jej twarz i powolnie przepłynęła po
policzku.
- Niech
panienka nie wychodzi! Ulewa! – krzyknęła służąca myjąca poręcz schodów.
Lizzy to nie obchodziło. Wykonała jeden krok w stronę pola i
zeskoczyła z małego schodka na ścieżkę prowadzącą do ogrodu. Jej kroki były
powolne, zdążyła już przemoknąć do suchej nitki.
- Panienko!
– służąca wybiegła za nią.
Zanim jednak zdążyła ją dogonić, dziewczynka zerwała się i
wybiegła przez otwartą bramę. Zaczęła biec potykając się o swoją długą,
czerwoną suknię. Ulice były puste. Lampy uliczne świeciły bladym, lekko
przygaszonym blaskiem odganiając mrok szarego, ponurego nieba. Wszędzie cisza,
przerywana tupotem obcasów szlachcianki. Ulewa nie ustała, tworzyła kolejne
zimne kałuże. A dziewczynka biegła. Tchu już nie mogła złapać, ale nie
poddawała się. Po jej bladym policzku zsuwało się coraz więcej kropel. Już sama
nie wiedziała czy to przez deszcz, czy przez płacz. Jej umysł przyćmiła
tęsknota za Cielem, strach przed prawdą, rozpacz przed śmiercią narzeczonego.
Jej serce wołało, że to nieprawda. Że on teraz
siedzi w swojej posiadłości rozwiązując kolejne zagadki morderstw,
popijając najlepszą herbatą smakowite ciastko z Sebastianem u boku. Ale jej
rozum wszystkiemu zaprzeczał. Paula zaprzeczała. Wszyscy zaprzeczali. Ale jej
Ciel nie może zginąć ot tak. Sama o tym wiedziała, że nie poddaje się tak
łatwo. Nie może zginąć!
Lizzy zatrzymała się przy posiadłości Ciela. Potężny budynek
stał i zapraszał do swojego środka, jak zawsze kiedy tutaj przyjeżdżała. Górne
okno rezydencji świeciło się, jak zawsze o tej godzinie. Tam było biuro Ciela –
wielkie dębowe biurko, ręcznie zdobione krzesło, dokumenty, książki… On żyje. Czyta teraz jakąś książkę, pewnie
horror. Albo znowu męczy się z nierozwiązaną sprawą morderstw w Anglii – Elizabeth
zaśmiała się w duchu, bo nie odważyła się uśmiechnąć na twarzy – dotąd póki go
nie zobaczy.
Weszła do środka. Przywitało ją ciepło i rażąca światłość.
Zapach róż unosił się po całej posiadłości zapraszając na górne piętro. Lizzy
podeszła do schodów zostawiając za sobą mokre plamy. Szybkimi krokami pokonała
stopnie i ruszyła pełna nadziei do biura Ciela. Dziwiła się tą całą radosną
atmosferą. Od zawsze panowała tutaj ciemność, albo nieprzyjemne uczucie zimna.
Ale nie dzisiaj. Dzisiaj było inaczej.
Stanęła przed drzwiami biura. Przyłożyła do nich ucho
nadsłuchując choćby najmniejszego znaku życia. Usłyszała lekko co wykrywalny
szmer, jakby ktoś się przechadzał po pokoju. Odetchnęła niespodziewaną ulgą.
Zapukała trzy razy, by nie wystraszyć Ciela na śmierć, kiedy wpadnie mu pełna
radości do jego miejsca dumania. Jednak nie usłyszała tego twardego,
stanowczego Wejść. Zatem otworzyła
drzwi z własnej inicjatywy.
- Ciel! –
krzyknęła uradowana.
Zamilkła, kiedy nikogo nie zauważyła. Biuro stało puste.
Firanka falowała pod wpływem powietrza z otwartego okna. Rozejrzała się wokół,
ale serce jej w pewnym momencie pękło, bo go nie było. Na biurku leżała dużego
rozmiaru paczka i karteczka przyczepiona do kokardy prezentu. Lizzy zawahała
się, ale widząc swoje imię na kartce, śmielej zabrała się za rozpakowywanie. W
środku była niewyobrażalnie piękna fioletowo-czarna sukienka i bukiet krwistych
róż. Nie potrafiła nadziwić oczu tymi uroczymi falbanami i dekoracjami sukni,
która była idealnie w jej rozmiarze. Szybko wyciągnęła ją z pudełka, by rzucić
na nią oko w całości. Nawet nie zauważyła kiedy, na podłogę wypadła koperta.
Podniosła i szybko ją przeczytała.
To były ostatnie jej chwile radości. Usta jej zadrżały, a z oczu wypłynęły kolejne łzy. Ogarnęła ją
nieopisana rozpacz. Była w tym momencie niczym porcelanowa lalka, która rozbiła
się na milion małych kawałeczków, których przez wieki nikt nie poskłada.
Przytuliła się mocno do swojego prezentu i rozpłynęła się w swojej
nieskończonej rozpaczy.
‘’Kochana Elizabeth,
Niech Ci ta suknia służy dobrze, a róże niech zdobią Twoją posiadłość.
Tyle w tej chwili jestem Ci w stanie dać. Myślę, że się nie pogniewasz.
Niestety na mnie pora. Śmierć dopadnie w końcu każdego, więc nie
wylewaj na marne swoich łez z powodu mojego dość szybkiego kresu życia. Ciesz
się życiem za nas oboje, bo ja nie doczekałem się szczęśliwej starości, jak
widać.
Żyj za nas oboje, Elizabeth.
Kochaj za nas oboje, śmiej się za nas oboje, walcz za nas oboje.
Kochaj za nas oboje, śmiej się za nas oboje, walcz za nas oboje.
Być może jeszcze kiedyś skrzyżujemy swoje drogi ponownie.
Z uszanowaniem,
Ciel’’.
Tak bardzo eleganckie i piękne. Tak dużo uczuć w liście, zupełnie jak nie na Ciela.
OdpowiedzUsuń